środa, 3 grudnia 2014

Nowa dusza

Okropny zapach przypominający mieszankę zjełczałego potu, przetrawionego alkoholu i ludzkich wymiocin, doprawionych szczyptą kanalizacyjnych wyziewów dochodził z obskurnej uliczki, zastawionej z obu stron stertami śmieci, tworzących nieregularne kształty wyglądające w mroku jak wielkie góry. Stałam na brudnym chodniku, patrząc w ciemność przed sobą, i nie mogłam się zdecydować. Okolica, w której się znajdowałam, z pewnością nie zachęcała do spacerowania o tak późnej porze, ani tym bardziej do penetrowania jakichś ciemnych zakamarków. Było cicho, a ja zbyt dobrze znałam ten rodzaj ciszy, żeby nie mieć się na baczności. Szczególnie, jeśli moje podejrzenia były słuszne. Pociągnęłam nosem jeszcze raz. I jeszcze. UGH! Moje ludzkie zmysły zaprotestowały tak gwałtownie, że aż się skrzywiłam. Fetor nie pozwalał teraz czuć nic innego, choć jeszcze kilka metrów wcześniej byłam pewna, że…
Tak! Nikły, ledwie wyczuwalny słodkawy aromat krwi przebił się przez otaczające mnie opary i połaskotał w nosie wyznaczając mdlący kierunek, gdzie powinnam iść.
Ostrożnie zrobiłam dwa kroki naprzód wchodząc w wąską ciemność. Wielka sterta kartonowych pudeł, znajdująca się po mojej lewej, poruszyła się lekko, gdy tylko dotknęłam ich stopą. Mój trampek gładko zagłębił się w rozmiękłą tekturę. Zbyt gładko, pomyślałam, gdy coś w środku zachrobotało. Kopnęłam trochę mocniej i w ostatniej chwili zdążyłam uskoczyć, kiedy mniejsze pudełka lawinowo potoczyły się aż pod przeciwległą ścianę, odsłaniając swoją odrażającą zawartość. Strumień odpadków gromadzonych od nie wiem, jak długiego czasu oraz małych, szarobrązowych stworzeń przetoczył się tuż obok mnie. Zobaczyłam tylko żarzące się pary czerwonych ślepków, uciekających w popłochu i płynących wraz z morzem śmieci, by po chwili rozpłynąć się w mroku.
Mój dzisiejszy posiłek niebezpiecznie zaczął domagać się wyjścia na zewnątrz. Przełknęłam ślinę i starając się nie myśleć o tych wszystkich małych stworzonkach, grzebiących we wszelkiego rodzaju paskudztwach, ominęłam szczurzą stołówkę, tym razem uważniej stawiając stopy, żeby nie trafić na jakąś kolejną niespodziankę. Nauczona poprzednim doświadczeniem, wolałam nie zatrzymywać się też przy pozostałych stertach śmieci, ani nawet nie zastanawiać, ile szczurzych lokatorów mogę tam znaleźć. Powoli, noga za nogą, kierowałam się przed siebie.
Uliczka była ślepa. Echo moich kroków, odbijające się od ścian wracało do mnie coraz wyraźniej, aż w końcu niemal dudniło mi w uszach. Wszechogarniający chłód płynący od nagiego muru powodował gęsią skórkę na moich odkrytych ramionach. Pożałowałam, że nie wzięłam ze sobą kurtki. I latarki. Czegokolwiek, co mogłoby choć w małym stopniu rozjaśnić te piekielne ciemności, jakie mnie otaczały. Gdzieś nade mną rozległo się rozpaczliwe miauczenie jakiegoś samotnego kota – dachowca. Jęk skargi biednego zwierzęcia przerwany został szybko serią wyzwisk wywrzeszczanych po hiszpańsku płynących z któregoś z mieszkań, a raczej nędznych klitek za parę dolców tygodniowo, znajdujących się nad moją głową. W dwóch oknach na trzecim piętrze zapaliło się światło, jakby odpowiadając na moją cichą modlitwę, rzucając słaby, ale jednak, poblask na mnie i na to, co mnie otaczało.
Gdyby nie to, że czułam jej krew, nie poznałabym, że to człowiek. Zresztą, nikomu by się to nie udało, nie w tych ciemnościach i nie po tym, jak wyglądała. Leżała w kącie pomiędzy kolejnymi zwałami kartonów przypominając szmacianą lalkę, z nogami i rękami wygiętymi pod nienaturalnym kątem, z głową wciśniętą w stertę śmieci, spod których wystawały tylko pojedyncze kosmyki jej ciemnych włosów. Niczym wyrzucona, nikomu już nie potrzebna zabawka.
Odór krwi wypełnił mi nozdrza tak silnie, że przytłumił wszystko inne. Była wszędzie, spływała na brudny beton tworząc rozległe kałuże juchy, wyżłobiwszy wcześniej pionowe krwawe linie na ciele dziewczyny.
Podeszłam bliżej i delikatnie, by nie sprawić jej więcej bólu, niż to konieczne, odsunęłam ją od sterty odpadków. W przytłumionym świetle jej twarz jaśniała niemal kredowobiałą bladością, jakby już nie żyła.
O dziwo, wciąż była przytomna. Przez wąskie szpareczki oczu, skurczone z bólu, patrzyła w moją stronę, jakby nie dowierzając, czy jestem prawdziwa, czy stanowię tylko wytwór jej otumanionej wyobraźni. Jej wargi rozchyliły się w jęku.
- Pomóż…mi…- wyszeptała.
- Dlatego cię odnalazłam – uklękłam przy niej i wzięłam ją za rękę. Choć starałam się robić to tak delikatnie, jak tylko się da, dziewczyna i tak jęknęła z bólu – żeby ci pomóc.
Wolałam jej nie uświadamiać, na czym moja pomoc będzie polegać. Dziewczyna i tak była zbyt przerażona.
- Boli…
- Wiem – delikatnie odgarnęłam jej z twarzy ciemne kosmyki pozlepiane krwią płynącą niemal nieprzerwanie z ran na głowie – wytrzymaj jeszcze trochę, już niedługo przestanie, zobaczysz.
Nie było już w niej dużo życia. Serce biło tak wolno i cicho, pompując te resztki krwi w jej ciele, że musiałam się naprawdę dobrze wsłuchać, żeby cokolwiek usłyszeć. Ręka, którą trzymałam, stawała się coraz chłodniejsza. Nawet krew gęstniała z każdą sekundą, aż wreszcie przestała płynąć. Dziewczyna wzięła ostatni, najdłuższy jak do tej pory łyk zgniłego powietrza, które nas otaczało, a ja wiedziałam, że właśnie nastał odpowiedni moment.
Moje ziemskie ciało jak zwykle zaprotestowało zapierającym dech w piersiach bólem, kiedy ostre niczym błyskawica światło wybuchło z siłą granatu gdzieś wewnątrz mnie. Nieznośny żar zaczął spalać mnie od środka, płynąc rozszalałym strumieniem przez każdą najmniejszą komórkę, każdy najmniejszy włosek, każde ścięgno nieubłaganie kierując się do celu. Mocniej chwyciłam rękę dziewczyny, kiedy gorący strumień dotarł do moich ramion, zamieniając je w żywą pochodnię.
- Jeszcze trochę…- szepnęłam. Zupełnie, jakby to coś mogło jej pomóc. Czułam, jak drgnęła w ostatnim agonalnym już odruchu, kiedy przez nasze połączone dłonie przepłynęła pierwsza iskra. Potem następna i następna, a za nią całe potoki ognia, niszczącego wszystko, co tylko stało mu na drodze.
Oczyszczająca moc żywiołu szalała teraz w jej żyłach. Wiedziałam, że się bała. Słyszałam, jak krzyczy, choć jej usta nawet się nie poruszyły. Na to jednak nic nie mogłam poradzić. Mogłam tylko trzymać ją za rękę, prowadząc przez te rozgrzane do czerwoności odmęty, aż wszystko się uspokoi.
Nie wiem, jak długo klęczałam obok niej, z zaciśniętymi oczami i boleśnie obitymi o twardy beton kolanami. Może kilka minut, a może kilka godzin. Kiedy ogień w moich żyłach zaczął słabnąć, odetchnęłam głęboko i niemal natychmiast znów zakrztusiłam się otaczającym mnie smrodem.
Pomimo niezbyt ciepłej nocy koszulka zdążyła przykleić mi się do pleców. Oddychałam ciężko przez usta, starając się uspokoić moje szaleńczo bijące serce i czekając na ożywczy powiew wiatru, który mógłby rozgonić choć trochę panujący wokół smród, ale nic takiego się nie stało. W ogóle dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że zrobiło się cicho. Za cicho. I że w uliczce oprócz hmmm…martwej dziewczyny i mnie jest ktoś jeszcze. Ktoś, kogo, no cóż, można było się spodziewać, ale kogo zdecydowanie wolałam nie spotykać.
W jednej sekundzie klęczałam, trzymając ofiarę za rękę, a już w następnej szybowałam w powietrzu, lądując z głośnym łoskotem na przeciwległej ścianie. Poczułam, jak coś pęka, po moim policzku ścieka wilgotna, ciepła ciecz, a do ogólnej palety zapachowej, jakby tego było mało, doszedł nowy aromat – mojej krwi.
Powoli podniosłam się z ziemi, próbując dojrzeć coś w panującej ciemności, lepkiej i gęstej niczym melasa.
- Czego chcesz? – warknęłam – nie masz tu nic do roboty, więc odejdź!
- Axelle, jakaś ty niegościnna – cofnęłam się, bo ten jedwabisty głos był zbyt blisko. Zupełnie, jakby ten ktoś stał tuż przede mną. Coś obrzydliwie oślizgłego przesunęło mi się po twarzy – wybacz, że cię rozczaruję, ale mam tu bardzo dużo do roboty. Ona jest moja.
- Przeszła rytuał oczyszczenia, nie masz do niej żadnych praw! I pokaż się w końcu… Chyba, że lubisz kryć się po kątach…
Wiem, mogłam darować sobie osobiste wycieczki, pomyślałam, lądując znów na twardym betonie. Trzask łamanej kości rozbrzmiał w panującej ciszy jak wystrzał.
- Wiesz, że nie możesz mnie zabić – wydyszałam podnosząc się szybko, trzymając się za ramię, które teraz zwisało pod dziwnym kątem – nie masz nade mną żadnej władzy, sługo ciemności.
- Czyżby, Axelle? Axelle…
Moje imię w jego ustach zabrzmiało jak najcudowniejsza muzyka. Nawet ja musiałam to przyznać. Ten głos, czysty, słodki, ale z nutką czegoś, co przyciągało, wabiło, zapraszało do…
- NIE!!!! – wrzasnęłam – nie chcę tego słuchać! Odejdź, ODEJDŹ!!!
W otaczającej nas ciemności rozległ się drwiący chichot.
- Protest, Axelle? Jakie to wzruszające. I naiwne. A przede wszystkim bardzo głupie. Odsuń się.
Założyłam ręce na piersi.
- Twoje rozkazy na mnie nie działają.
- Odsuń się, głupia!
- Jesteś jak każdy mieszkaniec piekła – wymamrotałam – jakże łatwo wyprowadzić was z równowagi…No cóż, chyba tym razem cię posłucham.
Nie spodziewał się tego, co mam zamiar zrobić. Gdyby wiedział, z pewnością już…Wolałam się nie zastanawiać nad sposobami jego ataku. Ale to była jedyna szansa. Jedyna, maleńka na dodatek, niemal granicząca z nieprawdopodobieństwem szansa, że mi się uda. Wiedziałam, że, kimkolwiek była ta istota czająca się w mroku, i tak z pewnością nie da za wygraną. Mieszkańcy piekieł słynęli ze swojego uporu, szczególnie, kiedy chodziło o nowe dusze. Na dodatek jego nie krępowało powolne, ludzkie ciało.
Wystrzeliłam niczym pocisk i rzuciłam się w stronę, gdzie, jak sądziłam, znajdowało się nieruchome ciało dziewczyny. Mój napastnik widział, że się poruszam. Jednak nie przewidział, że poważę się na coś takiego.
Modląc się w duchu, żeby dobrze obliczyć kierunek, upadłam ciężko wprost na mojej świeżo złamanej ręce. Zabolało i to mocno, ale w tej chwili nie miałam czasu na roztkliwianie się nad sobą. Dziewczyna była gdzieś obok, czułam ją, ulatujące ciepło jej martwego ciała, lekki zapach. Podciągnęłam się ostatni raz i końcem palców odnalazłam jej rękę. Sekundę później kreśliłam na jej czole znak.
- W Imię Ojca…
- Nie!!!
- … i Syna…- znów poczułam, jak potężna siła próbuje mną cisnąć niczym kartką papieru na wietrze, ale teraz nic nie mogło mi przerwać. Połączenie znów zostało nawiązane. Zamknęłam oczy – i Ducha Świętego. Amen.
Coś ostrego jak brzytwa wbiło się moje ciało, unosząc i przygważdżając je do ściany niczym gigantyczna strzała, kiedy tylko z moich ust wydobyło się ostatnie słowo. Amen, pomyślałam z ulgą. Sekundę później drugi grot wbił się w mój brzuch. Trzeci unieruchomił mi rękę, tę niezłamaną.
Ból, który rozszedł się po moim ciele, na chwilę odebrał mi dech. Powoli uniosłam głowę i niemal nie zwymiotowałam fontanną własnej krwi, która wypełniła mi usta.
Czułam jak przemęczone członki za chwilę odmówią posłuszeństwa i wcale się im nie dziwiłam. W końcu to było tylko ułomne, ludzkie ciało. Nie moje pierwsze i z pewnością nie ostatnie. Mimo to jednak, kiedy zobaczyłam rozchodzące się coraz większymi plamami ślady śmierci, zrobiło mi się żal.
- Możesz zabić moje ciało, ale nie zabijesz mojej duszy – wyszeptałam w stronę wciąż czającego się w mroku oprawcy – chyba jesteś nowy w tej branży, bo inaczej byłbyś tego świadomy…
Czwarte ostrze przecięło powietrze z głośnym świstem i utkwiło w moim sercu. Grot przygwoździł mnie tak skutecznie, że teraz nie miałabym możliwości nawet drgnąć. Nie dane mi było tego sprawdzić, bo umarłam. To znaczy, moje ciało umarło. Zwisało teraz ciężko ze ściany, przebite grubymi jak moja ręka grotami, broczące krwią, nieruchome. Dusza, jedyna nieśmiertelna część mnie, znalazła się nagle poza ciałem, niematerialna, półprzezroczysta i niemal bezbronna, bo choć ten ktoś czający się w mroku nie mógł mnie zabić, to nie byłam pewna, czy nie szykuje dla mnie innych niespodzianek.
Odetchnęłam głęboko rozglądając się dookoła. Jeszcze chwilę temu widziałam tylko otaczającą mnie ciemność, nic więcej. Teraz dopiero ujrzałam w całej okazałości, w jakim nieciekawym otoczeniu się znajdowałam.
Okrutnie pokiereszowane ciało mojej nowej podopiecznej leżało pod ścianą. Mój nieograniczony ludzkimi niedociągnięciami wzrok przesunął się po paskudnych sińcach na twarzy, ranach po nożu, tworzących coś na kształt makabrycznej szachownicy na jej brzuchu. Czyli była znaczona. Krwawe linie układały się we wzór, który przywołał coś, do czego wolałam już nigdy, ale to nigdy nie wracać.
- Znam cię…Posłańcu diabła.
Choć powiedziałam to cicho, niemal szeptem, wiedziałam, że i tak mnie słyszy.
Przez chwilę myślałam, że mi nie odpowie. Nadal tkwił w miejscu, gdzie go ostatnio wyczułam, ale teraz nie mógł się tam schować. Widziałam oczy, świecące niczym dwie gwiazdy w mroku, hipnotycznie wpatrzone w moją twarz. Czekał. Czułam jego spojrzenie, przewiercające mnie na wylot, jakby chciał nim dotrzeć do moich najskrytszych wspomnień. Sprawdzał moją siłę, sondował, jak daleko tym razem mogę się przeciwstawić.
W jego ustach zalśniło coś na kształt kłów, kiedy uśmiechnął się tym drwiącym uśmieszkiem, jakby to, co widział, napełniało go…radością? To uczucie było mu obce. Bardziej niemal perwersyjną satysfakcją z tego, że mój widok przypominał mu coś, co mu się bardzo podobało.
- Pokaż się – zażądałam. Bóg mi świadkiem, nie pragnęłam znów go zobaczyć, bardziej pokazać, że się nie boję.
- Chcesz, żebym się ci ukazał? Jesteś pewna, Axelle? A może to okaże się dla ciebie za wielkim szokiem? Powrócą stare, dobre wspomnienia. O tak, mnóstwo wspomnień…- zachichotał – no ale skoro to dla ciebie takie istotne…
Zrobił kilka kroków w moim kierunku. Im bliżej mnie się znajdował, tym jego zwierzęce, ohydne rysy zaczynały coraz bardziej przypominać ludzkie. No, prawie ludzkie, bo nikt z żyjących na ziemi nie miał tak czarnych włosów, przypominających najmroczniejszą ciemność. Ani oczu, które wyglądały jak dwie bezdenne studnie, odbijające światło niczym diamenty. Istota stojąca przede mną była piękna. Zbyt piękna jak na człowieka. I żaden człowiek nie emanowałby taką aurą czystego, skondensowanego zła.
- Zadowolona?
Pokręciłam głową z westchnieniem.
- Nie bardzo. I nie sądziłam, że Szatan wysyła do świata ludzi swoje najbardziej wygodne podnóżki, Olivier – z zadowoleniem zauważyłam, że uśmieszek trochę mu spełzł z twarzy – czyżbyś stracił uprzywilejowane stanowisko? Który to już raz? Jeden ze sługusów Szatana stał się zwykłym ziemskim łapaczem dusz. Widać, że twój szef bardzo obawia się o swoje wpływy wśród ludzkości, skoro wysłał ciebie. Powiedz, czym sobie zasłużyłeś na taki zaszczyt.
- A ty jak zwykle pozostałaś wredną, wyszczekaną cwaniarą…
- Może – wzruszyłam ramionami – ale prawda w oczy kole, wiesz? Znów próbowałeś działać na dwa fronty i znów – specjalnie podkreśliłam to słowo – jak to mówicie w waszym świecie? Aha, dałeś się wodzić na pokuszenie? Wyprowadziłeś nieodpowiednie argumenty? Wierność Szatanowi cię znudziła?
- Sam widziałem, jak przed chwilą dałaś się wodzić na pokuszenie, więc nie mów mi tu o wierności.
- Wzrusza mnie twoja troskliwość, żeby mnie uświadomić, jak bardzo jestem grzeszna – miałam już dosyć tej jałowej dyskusji i uznałam, że najwyższy czas przejść do konkretów. Wskazałam ręką na leżące ciało – to twoja sprawka?
- Czemu tak nagle cię to interesuje?
- No nie wiem – udałam, że się zastanawiam – bo mi to pasuje do twojego zwyrodniałego umysłu? Że stopień okrucieństwa wobec tej dziewczyny to tak jakby twój znak rozpoznawczy? I ten widok przywołuje, jak to określiłeś? Aha, stare, dobre wspomnienia. Może nie widzieliśmy się przez kilka setek lat, ale to nie znaczy, że zapomniałam, jakie są twoje metody. Zresztą, nie tylko twoje, całej waszej bandy szaleńców, lubujących się w cierpieniu innych…
- To ścierwo? – ledwie spojrzał na zwłoki – może i moja sprawka, nie pamiętam.
- Jak na osobę, która ma takie luki w pamięci, wykazujesz stanowczo za duże zainteresowanie, wiesz? Ona nie pójdzie z tobą.
- Zobaczymy…
Błyskawicznie stanęłam pomiędzy nim a leżącym ciałem dziewczyny.
- Chyba nawet ty nie jesteś taki głupi, żeby nie wiedzieć, kiedy się przegrywa. Ona nie należy do siebie.
- O nie, Axelle, ja zawsze gram do końca. Nawet, jeśli przeciwnik myśli, że już mnie pokonał. A poza tym – uśmiechnął się tak, że po dobrotliwym Oliwierze nie było już nawet śladu – może jednak powspominamy dawne czasy, co Axelle? Zobaczymy, czego nauczyłaś się przez te lata.
Znajome gorąco przeniknęło moje palce, ale tym razem o wiele spokojniej, niż przedtem, kumulując się tuż przede mną niby wielka świetlista tarcza złożona z płonących języków ognia. Zrobiłam to odruchowo, jeszcze zanim Oliwier zdążył przypuścić atak w moim kierunku. Czułam raz za razem wściekłe bombardowanie dochodzące z różnych miejsc gdzieś poza ognistą zasłoną, podstępne, próbujące znaleźć jakiś słaby punkt, by móc tam zaatakować.
I myliłam się. Mógł mnie zranić. Czułam, jak jego ogniste bicze, które atakowały mnie ze wszystkich stron, powoli i nieubłaganie wysysają ze mnie siły, i tak już nadwątlone wcześniejszą walką i przemianą.
Pomiędzy otaczającymi mnie płomieniami mignęła mi twarz Oliviera. Jego prawdziwa, ohydna, niemal zwierzęca, z okrutnym uśmieszkiem czekająca, aż upadnę. Bawił się ze mną, niczym kot z myszą, czekając, kiedy nadejdzie odpowiedni moment. Moment na to, by sprawić jak najwięcej bólu ofierze. A ja ciągle słabłam. Ogień ,który mnie otaczał, oczyszczający, ciepły, ale nie parzący, zaczynał przygasać, gdzieniegdzie tylko tlił się małymi językami, jakby coś przeszkadzało mu buchnąć ze zdwojoną siłą. Zacisnęłam zęby.
- Axelle…
- Idź do diabła! – warknęłam.
- Pójdę…Ale będziesz mi tam towarzyszyć…
Ogień piekielny ogarnął całą moją postać. W jednej sekundzie zastygłam w szoku, po czym wybuchłam niemym krzykiem bólu. Ogień, który czułam podczas przemiany, wydawał mi się teraz wręcz zimny w porównaniu z tym przeolbrzymim, spalającym mnie od środka żarem. To już nie był ból z moich ludzkich wspomnień. Ten przewyższał wszystko. Całkowicie wszystko. I choć nie mógł mnie zabić, mógł mnie dręczyć jeszcze całe wieki. Wieki bólu w ogniu.
- Widzisz? – Olivier był tuż obok mnie, w tym spalającym ogniu. On sam był ogniem. Huraganem cierpienia, szalejącym we mnie z niemal perwersyjną zaciekłością - Wzgardziłaś tym, kiedy postanowiłaś być szlachetna i wyparłaś się swojej prawdziwej natury. Prawda, że przyjemnie?
- Nie…
- PRAWDA???
- Powiedziałam ci, idź do diabła, Olivier – wychrypiałam jednocześnie przygotowując się na jeszcze większą dawkę jego piekielnych możliwości. Widziałam, jak kolejna fala ognia zbliża się do mnie, coraz bliżej i bliżej, czerwone niczym krew języki już niemal dotykały moich stóp. Nie dam mu tej satysfakcji i nie będę krzyczeć, pomyślałam, nie jak wtedy, już nigdy nie pozwolę…
Nic nie poczułam. Owszem, ogień ciągle jeszcze spalał mnie, ale coraz słabiej, jakby nagle został pozbawiony swojej niszczycielskiej mocy. Poprzez otaczające mnie płomienie przepłynęła przez moje omdlałe ręce pierwsza iskra, zaraz potem następna. Podjęłam ostatnią rozpaczliwą próbę ratunku. W mroku rozległ się wściekły ryk Oliviera. Poprzez opary bólu patrzyłam, jak próbuje znów dostać mnie w swoje władanie, jak wysyła w moją stronę kolejne potoki ognia, które miały mnie dręczyć tak, że, byłam tego pewna, musiałabym w końcu zacząć błagać go o litość.
I nagle wszystko znikło. Pozostała tylko obskurna, brudna, śmierdząca uliczka z dwoma ciałami leżącymi w stertach odpadków. Gdybym była człowiekiem, pewnie teraz zemdlałabym, albo chociaż zwymiotowała, co byłoby jakąś normalną reakcją na to, co właśnie przeżyłam. Niestety, nie miałam takiej możliwości. Mogłam tylko rozejrzeć się dokoła, wypatrując obecności Oliviera, by móc jakoś przewidzieć, co ten pomiot szatańskich mocy znów planował. Wątpliwym dla mnie było to, że tak po prostu zrezygnował. Tym bardziej, że miał mnie jak na tacy, zwijającą się z bólu po jego ataku, niemal bezbronną. Torturowanie mnie z pewnością tak szybko go nie znudziło. Chyba, że…
Poczułam ciepło i leciutki niczym tchnienie powiew płynący z miejsca, gdzie leżało ciało zamordowanej dziewczyny. Nadal tam było, nieruchome, niemiłosiernie pokaleczone, za to doskonale widoczne osrebrzone poświatą płynącą od postaci unoszącej się nad nim.






1 komentarz:

  1. Weszłam dziś na twój profil przez kompletny przypadek, a tu proszę. Nowość!
    I to kompletnie różna od wszystkiego, co publikowałaś do tej pory.
    Podoba mi się, a jakże. Może dlatego, że wszystko, co publikujesz jest w pewien sposób inne, unikatowe, wyjątkowe. Lubię twoją twórczość i tyle :)
    Czekam na rozwinięcie i kolejną część.

    Mam nadzieję, że będziesz mnie informować na bieżąco o nowościach.
    Jakby co, wiesz gdzie mnie znaleźć (choć nie publikuję tak często jak kiedyś, to zaglądam na bloggera :P)

    Pozdrawiam ciepło i życzę weny, chęci, jak zwykle :)

    OdpowiedzUsuń